Opowieść, która żyje własnym życiem

Katarzyna Bonda, Pochłaniacz

Katarzyna Bonda zapytana w jednym z wywiadów o to, czego szuka w powieściach, odpowiedziała, że lubi, kiedy książka porywa ją tak, że przestaje zauważać jej ,,szwy”, kiedy przyciąga ją nieznany świat rozciągający się daleko poza kartkami papieru. Wtedy pomyślałam, że ta kobieta jest mi bliska. Próbuje odnaleźć w literaturze to, czego ja sama jestem głodna. Potem kupiłam Pochłaniacza i bariera tekstu zniknęła. Była tylko opowieść, intrygujący bohaterowie, sieć zdarzeń i zawikłana zagadka kryminalna.

Pierwsza część Czterech żywiołów Saszy Załuskiej idealnie wpisuje się w bardzo popularny obecnie nurt kryminałów z ponadprzeciętnie rozbudowaną warstwą obyczajową opowieści. Podobne założenia realizowała już w latach 90. Liza Marklund, czy współcześnie – np. Camilla Lackberg. W ,,obyczajowych kryminałach” poza historią zbrodni, próbą wytypowania pochlaniaczmordercy oraz towarzyszącym temu działaniom organów ścigania, czytelnik otrzymuje dodatkowo niezwykle szczegółowy obraz bohaterów, a także społecznych realiów i problemów, które ich dotyczą. Właśnie na taką szeroką skalę zakrojony jest portret głównej bohaterki Pochłaniacza – Saszy Załuskiej. Profilerka, która ostatnie lata spędziła w Wielkiej Brytanii, teraz wraca do kraju i początkowo trochę niechętnie, ale jednak, rozpoczyna pracę nad sprawą strzelaniny w jednym z muzycznych klubów Trójmiasta. Incydent ten w tajemniczy sposób wiąże się ze zbrodnią z przeszłości, w którą zamieszani byli trójmiejscy mafiozi. Splątane relacje między członkami mafii, policjanci, którym nieobcy jest blef i ich niejednoznaczne zachowania stopniowo nakręcają spiralę całej zagadki. Dzięki perfekcyjnie skonstruowanej, naszpikowanej niuansami fabule zatopienie się w lekturze Pochłaniacza mile łechce inteligencję odbiorcy. Bonda wkłada w nasze ręce książkę niebanalną i unikatową, na najwyższym intelektualnym poziomie.

Pochwały można by mnożyć długo. Na podziw zasługuje zamysł całej historii, dopracowany pod każdym względem zarys opowieści, gdzie detale nigdy nie są przypadkowe, a każda część fabuły poparta zostaje rzetelnym researchem autorki. Świetnie opisana jest tutaj praca profilerów oraz osmologów, dotąd obco brzmiących nazw zawodów, teraz, o ironio, najbardziej obleganych kierunków studiów. Bonda wielokrotnie opowiadała w wywiadach z jak kajdanki odciskiwielu konsultacji specjalistów skorzystała podczas pisania tej książki.
Zaangażowanie autorki nie poszło na marne. Czytając kryminał, czuje się, że to kawał dobrej roboty i ogrom pracy wykonanej przez autorkę podczas zbierania materiałów i zgłębiania tematów, których dotyczy opowieść. Sympatię czytelnika zdobywa także zasłużenie główna bohaterka, która choć nieidealna, absorbuje swoim ciętym językiem, twardym charakterem i wielowymiarowością. Sasza Załuska nie jest ,,jakaś”, jest różna. Jej postać, prócz tego, że rozwija się w miarę odsłaniania kolejnych kart powieści, nie zdradza od razu wszystkich tajemnic. Zmienia się i mieni różnymi cechami w zależności od sytuacji, w której się znajduje i w świetle decyzji, jakie podejmuje.

Nazwisko Katarzyny Bondy to w tej chwili marka sama w sobie, na co, poza niekwestionowanym talentem literackim, ma również wpływ znakomicie zaplanowana kampania reklamowa jej książek, aktywna obecność w mediach społecznościowych i tradycyjnych. Mimo pozostawiania Bondy w swego rodzaju czytelniczym mainstreamie, crime scenenie potrafię nie dołączyć do grona tych, którzy głośno wyrażają swoją aprobatę dla warsztatu pisarskiego dziennikarki i reportażystki. Kiedy podczas czytania książki litery wtapiają się w opowiadaną za ich pomocą historię, a dłonie przestają czuć papier wiem, że trafiłam na prawdziwą perłę. Jestem pewna, że w niedługim czasie sięgnę także po Okularnika i z niecierpliwością będę wyczekiwać kolejnych części tetralogii. Ostateczny wniosek jest jeden – bywają powieści przegadane, zrecenzowane dziesiątki razy, opiewane i wynoszone na literackie szczyty. Nie ma jednak nic wspanialszego, niż kiedy mimo tego wszystkiego, tekst broni się sam.

Kwestia wrażliwości

7 października, dwa dni po rozdaniu Nagród Nike, Olga Tokarczuk, tegoroczna laureatka literackiego plebiscytu, udzieliła wywiadu TVP Info.W krótkiej wypowiedzi wyraziła swoje zdanie dotyczące zaczarowywania przez Polaków polskiej historii. Przyjęła postawę krytyczną wobec przeszłości i wytknęła rodakom przymykanie oczu na ciemne karty dziejów minionych. Fragment programu, w którym wzięła udział pisarka, znajdziecie tu.

A potem posypały się gromy:

Won do Israela ukrainsko pomywaczko.
Mów za siebie, podła kobieto, a za Polaków nie masz prawa się wypowiadać.
Kolejna żydowska hiena, która karmi się nienawiścią do Polaków i polskości.
Nieodrodna córka kłamcy Grosa która z mlekiem matki wyssała antypolonizm.
Pod trybunał ludowy, ogolić na łyso i kara chłosty pod jakąś latarnią. Może baba zmądrzeje
CO ZA WREDNA PASOŻYTNICZA SUCZ ! …I JESZCZE TU SIEDZI ?! ..

Takich i podobnych wypowiedzi można znaleźć w internecie tysiące. Jad leje się zewsząd, teorie spiskowe konstruowane są jedna za drugą. To, że Żydzi rządzą światem wzięto za pewnik już dawno. A domniemane: żydowskie/ukraińskie/niemieckie/rosyjskie pochodzenie Olgi Tokarczuk jest drugim najczęściej podejmowanym w komentarzach tematem. Pisząc tę notkę, założyłam już na początku, że pozbawię ją obszerniejszego, własnego komentarza całej sytuacji. To, na czym mi zależy, to abyście obejrzeli umieszczoną w linku wypowiedź pisarki (jeśli dotąd nie słyszeliście jej jeszcze w oryginale) i zestawili z kilkoma, randomowo wybranymi, przykładami wypowiedzi ludzi, użytkowników internetu, pracowników, studentów, lekarzy, córek, dziadków, hydraulików, wykładowców, pielęgniarek, gimnazjalistów, monterów kuchenek gazowych. Mamy październik, 2015 rok, słotny, szary, jesienny dzień – gdzie się podziała cała nasza wrażliwość? Dlaczego Stachura miała rację?

Włos na głowie mi się jeży.

Projekt: przyjaciel

Cecelia Ahern, Love, Rosie

Gdyby książka Cecelii Ahern miała podtytuł, mógłby on brzmieć Rzecz o ironii losu. Nagromadzenie w powieści niefortunnych zbiegów okoliczności, zmieniających się w nieodpowiednich momentach uczuć bohaterów i ich priorytetów jest w stanie wyprowadzić z równowagi nawet najbardziej cierpliwego czytelnika. Mimo tego, Rosie i Alexowi jednak się kibicuje, bo bawią, budzą sympatię i pokazują, że codzienność można odczarowywać tym, jak opowiemy ją sobie i innym.

Nie byłabym sobą, gdybym na samym początku nie przyczepiła się do tytułu. Love, Rosie to tytuł drugiego wydania książki, wprowadzony ze względu na
film, który pod taką właśnie nazwą pojawił się w polskich kinach. Wiadomo, trzeba maksymalnie ułatwić czytelnikowi identyfikację, nie wystarczy już love rosietylko umieszczenie na okładce sylwetek aktorów wcielających się w role głównych bohaterów. Wcześniejszy tytuł powieści brzmiał Na końcu tęczy. Może bez ochów i achów, ale jednak nieco bardziej fortunnie niż jego następca. Z kąśliwości to właściwie niemal wszystko. Cecelia Ahern z dużym wdziękiem snuje opowieść o przyjaźni Rosie i Alexa. Parka zna się od dzieciństwa, cieszy się swoją wzajemną przyjaźnią i nie wyobraża sobie życia bez aktywnego uczestniczenia w nim tej drugiej strony. Stąd też, kiedy mniej lub bardziej sprzyjające okoliczności rzucą bohaterów w dalekie zakątki świata, będą oni wytrwale korespondować. W tym miejscu warto zaznaczyć, że Love, Rosie w całości jest książką epistolarną, złożoną z wielu listów, e-maili, SMS-ów wymienianych nie tylko przez Rosie i Alexa, ale także przez członków ich rodzin oraz przyjaciół. Narzucenie tego rodzaju formy zupełnie nie przeszkadza czytelnikowi w orientowaniu się w akcji, listy nadają swego rodzaju rytm całej opowieści i pozwalają spoglądać na perypetie bohaterów z różnych perspektyw. Zastosowany zabieg również autorce nie utrudnia prób budowania napięcia i wprowadzania fabularnych zwrotów. Tych ostatnich jest zaś niemało.

Olbrzymią zaletą książki Cecelii Ahern bez wątpienia jest nienachalne poczucie humoru. Rosie z zasady wykpiwa wiele rzeczy, uparcie nie godzi się na utarte schematy i często to właśnie śmiechem ratuje sytuacje beznadziejne. Do tych ostatnich zakwalifikują się m.in. młodzieńcza ciąża, niezbyt wierny i wątpliwie inteligenty mąż, praca, która zdecydowanie nie jest spełnieniem marzeń. Nie bez znaczenia jest także żmudnie tłumiona miłość żywiona dopinky-swear-329329_640 najlepszego przyjaciela, która wypływa na wierzch w najmniej odpowiednich momentach. Nie znajdziemy tutaj jednak tanich wzruszeń, złamanych życiorysów czy staczania się na samo dno. Wręcz przeciwnie. Tym, co niezmiennie ratuje bohaterów z opresji są ich przyjaciele i zdolność do śmiania się z samych siebie. Całość wypada bardzo wdzięcznie, żarty sypią się w dużych ilościach, ale nie są wymuszone. Rosie i Alex z biegiem lat dorośleją, zakładają własne rodziny, próbując nie zgorzknieć i pozostać w pewnych sferach takimi, jakimi widzieli siebie nawzajem, zanim jeszcze życie dało im w kość.

W Love, Rosie nie brakuje znanych i lubianych motywów pogoni za marzeniami, czy walki o prawdziwą miłość. Mimo tych powtórek z rozrywki książkę czyta się tak, jak nuci się słyszaną już wiele razy, ale wciąż wpadającą w ucho piosenkę – z nieskrywaną przyjemnością. Przyjaźń głównych bohaterów rozczula i angażuje, prowokuje, żeby podziwiać łączącą ich relację, która jest w stanie oprzeć się kolejnym zawirowaniom i nadciągającym zmianom. Podczas lektury powieści Ahern głowa czytelnika odpoczywa, a on sam uśmiecha się i przewraca strony jedna za drugą, aż do samego końca, aby ostatecznie otrzymać spodziewany od dłuższego czasu happy end. (Tak, tak, to był spoiler!) Przy jesiennej chandrze Love, Rosie przychodzi z pomocą. Prawdopodobnie będzie to tylko jednorazowa akcja ratunkowa, daję jednak głowę, że skuteczna.