Superbohaterka bez peleryny

Magdalena Kicińska, Pani Stefa

Czy można stworzyć reportaż, mając do dyspozycji jedynie skrawki informacji, relacje nielicznych rozmówców, własne domysły i dopowiedzenia, często puszczając przy tym wodze fantazji? Czy można bohaterką reportażu uczynić osobę, która jest tak naprawdę wynikiem rachunku prawdopodobieństwa? Magdalenie Kicińskiej się udało. Odkryła na nowo Stefanię Wilczyńską. Kobietę, bez której nie byłoby Janusza Korczaka. I chyba nie tylko jego…

Sekretarka, współpracowniczka, powierniczka, opiekunka… Role pełnione przez Wilczyńską na przestrzeni lat można mnożyć. Wychowankowie warszawskiego Domu Sierot pytani o Stefę  najczęściej będą wspominać jej surowość i zasadniczość, ale powtórzą się również stwierdzenia, urlże to właśnie jej zdanie było dlań najważniejsze. Jednym słowem uznania, pochlebstwem, czułym gestem potrafiła sprawić, że dziecko czuło się wyjątkowe, godne zaufania, zdolne podejmować się nawet bardzo trudnych zadań. Niełatwo było zaskarbić sobie jej względy. W opisach bliskich osób pojawiają się opinie, że z trudem przychodziło jej traktowanie wszystkich podopiecznych jednakowo. Jedne dzieci lubiła mniej, drugie bardziej. Cecha ta, choć kontrowersyjna, czyni Wilczyńską ludzką i bliską. Nie ma tutaj mowy o pomnikowej wychowawczyni idealnej. Jest za to kobieta, która całe swoje życie poświęciła wychowaniu dzieci. Kobieta, której nieobce były wahania i wątpliwości. Przez wiele lat tkwi rozerwana między Warszawą, a Palestyną, gdzie odwiedza przyjaciół i pomaga w tamtejszym kibucu. Rozważa przeprowadzkę do Izraela, jednak poczucie obowiązku zatrzymuje ją w stolicy. Wciąż nie jest pewna, gdzie tak naprawdę jest jej miejsce. Wielokrotnie traci zapał do pracy, jest zmęczona, ma dosyć ciągłych starań, by wszystko utrzymać we właściwym porządku. Mimo tego wciąż pracuje. Tak upływa jej czas I wojny, łaskawsze międzywojnie i w końcu katastrofalne lata 40. XX wieku. Stefa pracę czyni sensem swojego życia. Ginie zagazowana razem z Korczakiem i dziećmi z Domu Sierot w Treblince w 1942 roku.

Nie bez powodu na okładce książki Magdaleny Kicińskiej to postać Wilczyńskiej znajduje się w centrum. Korczak stoi tutaj nieco z boku, właściwie nie mieści się w kadrze. Odwrócenie ról? Nie da się ukryć, że na temat Henryka Goldszmita wiemy nieporównanie więcej niż o jego skromnej współpracownicy. Nazwiskiem Korczaka nazywamy dziś ulice, otwieramy muzea poświęcone jego działalności i jego książki cytujemy. Świat zna go jako jednego z najznamienitszych pedagogów wszechczasów. Sami o to zadbaliśmy. W tym wszystkim Wilczyńska jest zawsze tuż obok doktora, ale trochę tak, jakby wcale jej nie było. Można wysnuć wniosek, że to nieobecność trochę zamierzona. Nie leżało w jej usposobieniu, żeby stawać na pierwszym planie. Praca była po stokroć ważniejsza, niż idące za nią uznanie… A jeśli było wręcz przeciwnie? Jeśli całe życie wiodła, nieudolnie kryjąc kompleksy, ciągle marząc o czymś więcej? To właśnie z takich znaków zapytania, alternatywnych odczytań Wilczyńskiej składa się Pani Stefa. Nie znajdziemy w tej książce ani kawałeczka naszpikowanej konkretami biografii ubranej w płaszczyk reportażu. Zamiast tego będą pytania i przypuszczenia. Tylko od nas zależy, czy uznamy je za niedociągnięcia (co to za reportaż bez rzetelnych faktów?!), czy urzeknie nas ta nadzwyczajna forma (więc można, mając do dyspozycji tak niewiele materiału, stworzyć rzecz tak wiarygodną i spójną?!). Polecam z całego serca!

Reklamy

Na dwoje babka wróżyła

Kornel Machnikowski, pop-pisanie

Stworzenie zbioru opowiadań to nie lada wyzwanie. Krótkie formy prozatorskie mają w zwyczaju piętrzyć przed autorem niemałe trudności, ale okiełznane i sprawnie napisane mogą zmienić się w prawdziwe perełki.     Trzynaście opowiadań, które wyszło spod pióra Kornela Machnikowskiego wywołało we mnie mieszane uczucia – od zachwytu po konsternację. Nie było jednak wśród nich obojętności.

Kiedy zaczęłam czytać pop-pisanie, nie miałam żadnych oczekiwań. Było to moje pierwsze spotkanie z autorem, wyjątkowo nie miałam też okazji poppisaniezetknąć się z żadnymi wcześniejszymi recenzjami tej pozycji. Nie stwierdzam jednoznacznie, czy lepiej to czy gorzej, muszę natomiast przyznać, że książka od początku stanowiła dla mnie zagadkę. Zagłębiałam się więc w kolejne opowiadania i czułam, jak budzą na przemian mój podziw i zakłopotanie. Autor wspaniale bawi się językiem, nie obce jest mu również (karkołomne momentami) żonglowanie formą literacką. Opowiadania skrzą się od błyskotliwych i różnorodnych rozwiązań narracyjnych, zakończenia opowieści wielokrotnie wprawiają w osłupienie, a bohaterowie intrygują. Ciekawym zabiegiem jest również włączenie do opowiadań elementów graficznych (rysunków), które świetnie komponują się ze stworzonymi przez Machnikowskiego fabułami.

Skąd natomiast moje zafrasowanie? Nie da się ukryć, że opowiadania, które złożyły się na pop-pisanie trudno nazwać bezpretensjonalnymi. Obawiam się, że wielu pióro Machnikowskiego doceni, ale równie wielu dosadnie je skrytykuje. Wątpliwości budzi dostrzegalna chęć autora, aby zaprezentować tu i teraz wszystkie swoje warsztatowe możliwości. Pan Kornel niejednokrotnie wydaje się przechwalać przed czytelnikiem, próbując przemycić w niewielkim zbiorku cały wachlarz pisarskich możliwości. Zabieg ten rzuca się cieniem na spójność pop-pisania. Mimo że Machnikowski już w nocie na tylnej okładce tłumaczy, że czytelnik powinien spodziewać się opowiadań różnorodnych, rozmaitość ta sprawia wrażenie rozbuchanej, a chwilami nawet uciążliwej. Obiecująco skrojone, przemyślane opowiadania (jak Akustycznie, czy Seksil) mieszają się z formami przeładowanymi słowem i dyskusyjną autorską wirtuozerią, która być może dla autora świetnie zrozumiała, czytelnikowi wydaje się nieco wydumana (co dzieje się np. w otwierającym zbiorek opowiadaniu Przesłona).

Nie ulega wątpliwości, że po książkę Kornela Machnikowskiego sięgnąć warto. Umiejętności tego młodego pisarza warte są zauważenia, mogą bowiem rozwinąć się w talent doprawdy wyjątkowy. Na tę chwilę autor oferuje nam dzieło przyjazne, choć wymagające, które jednak wielu może wydać się tyleż intrygujące, co pretensjonalne.